dziękuję, jakubie. dziękuję.
ty jeszcze nie wiesz, ale jestem teraz chodzącym seksem. ściełam włosy jak wtedy, gdy mnie kochałeś. przestałam obgryzać paznokcie. szerzej się uśmiecham. rzadziej uciekam spojrzeniem.
a świat się zazielenił, kolory są tak intensywne, że gdy spacerujemy ulicami miasta, nie wierzymy własnym oczom. ta trawa, czy ona jest prawdziwa? czy zielony może być aż tak zielony?
słucham dużo dylana, smakuję brzmienie nomenklatury binominalnej, kawa stygnie, potem będzie wróżenie z fusów. rozminęliśmy się. dzisiaj uświadomiłam sobie, że teraz ja jestem bardziej podobna do jakuba, niż ty, panie udający kogoś, kim przestałeś być 172 dni temu. nawet twój śmiech. nie ma twojego śmiechu. jakub bez tego śmiechu to… to nawet nie jest nieudana kopia jakuba. to jest nic.
patrzenie na twoje plecy, gdy odchodzisz. po raz pierwszy bez uczucia smutku. bo umarłeś, nie ma cię, za to ja jestem, pojawiłam się.
to miało prowadzić do nikąd. mieliśmy zamieszkać w nikąd. miało być tyle tyle tyle. pozostały kolory, zapachy, wspomnienia, deszcz. pozostał uśmiech.
kiedyś istniał taki jakub, był bezczelny i bezpośredni, nauczył mnie mówić o wszystkim, co czuję i śmiać się do utraty tchu, nazwał jeszcze raz rzeczy i pojęcia, a potem zniknął, a ja obudziłam się i dalej śmiałam się. tym razem bez zczilałtowanego piłsudskiego.
dziękuję.