Archiwum dla grudzień, 2008

ćśśś.

bo ja już dawno przyzwyczaiłam się, że sylwester to taki dzień, kiedy wszyscy się bawią, a ja leżę w łóżku i gorączkuję.

w tym roku standardzik – brak alkoholu (jack daniels się skończył przedwczoraj, a tak długo czekał na dzisiejszą noc!), litry herbaty, zamulająca muzyka, błękitna piżamka i mnóstwo filmów. byle do rana. (KTO MI ZABRAŁ ‘MIĘDZY SŁOWAMI’?!)

podsumowanie 2008?
żadnych ogółów, dużo wspomnień pojedynczych chwil. zegarek pożyczony na szczęście, przyniósł szczęście, przyniósł zmiany. pierwszy uśmiech jakuba, tylko dla mnie. skakanie na zielonych poduszkach z kamilką i łukaszem, początek przyjaźni, któraj uż kiedyś była i kiedyś minęła. telefon w sklepie wędkarskim, od jakuba, ‘chciałem cię usłyszeć’. granie z lemurem na przerwie, na niebieskim korytarzu, z dwuwatowym wzmacniaczem, spóźnienie na polski. konkurs polonistyczny, pisanie na dłoniach, palcach, nadgarstkach, łokciach, wszystkiego, poza tym, co miałam napisać, pisanie o nim, o mnie, o nas. ‘nie pasujesz do niego, uświadom to sobie’, lichu, jego dziwne okulary, jego wzrok bez zrozumienia. siedzenie na tarasie u taty i czytanie bukowskiego, nagle sąsiad z filiżanką kawy i jazzem, mmm, tak. zielone paznokcie i jego ‘jesteś taka… oryginalna’ ‘pojebana?’ ‘tak, pojebana’. ‘mamo, idę na biolchem’ ‘ehe’ ‘naprawdę’ ‘ehe’ ‘NIE ŻARTUJĘ’ ‘o kurwa’. siedzenie na parapecie, obserwowanie rosnącej trawy i wpieprzanie pierogów. odnalezienie kapusty w centrum miasta. bieganie z nożem po lesie. płacz przez wranę, ‘i jak to się nazywa?’ ‘>kasia-ma-przesrane-przez-nas<’ ‘postawa prometejska, ej, na polskim jesteśmy!’. puszczanie baniek i jedzenie pączków, czwartkowo. szukanie szczęścia pod doniczką, mori szukał, mori, a tomek ‘też kiedyś tam szukałem, ale chyba nie ma’. picie kawy zrobionej przez zenie, na podłodze, zwijając się z bólu. siedzenie na moście z kamilką, z nogami po tej złej stronie, ‘dziewczynki, zejdźcie stamtąd, przecież możecie spaść’ ‘może o to nam chodzi?’. pan jajkowy, szukanie go po całym mieście. bieg po wiadukcie z molly, a za nami jadący pociąg, rzucenie się w trawę, brak słów. tamten las, tamte trupy, tamto milczenie, z martą, ‘kasia, ciebie tu nie ma, ty tam umarłaś i zostałaś na zawsze’. wojtek całujący mnie w szyję. mori podpisujący mi się na glanie, gdy chciałam umrzeć. czytanie z szamanem podręcznika do teorii chaosu. ‘wiesz, że we francuskim uwielbienie znaczy więcej niż miłość?’ ‘wiem’ ‘je t’adore’.
to nie był zły rok. nie.

mam krwistoczerwone usta i nie jestem w stanie wymówić ani słowa.
jest dobrze. jest dobrze. a będzie jeszcze lepiej.

zielono-żółtego nowego roku… :)

Komentarze (1)

?!

nie martw się. przez jakiś czas będzie spokój. żadnych załamań. brak zaufania warunkuje brak zawodów.

czasem trudno uwierzyć, że ktoś może być tak naiwny. że JA. (i ty też)

gorączkowanie jest fajne. szczególnie nocą, szczególnie z butelką jacka daniel’sa  i pudłem czekoladek, szczególnie, gdy wreszcie coś wiem na pewno.

Dodaj komentarz

?????????????????

półcicha wycieczka do półpustego miasta?

‘kasia, solny już nie pachnie jakubem, przyjedź’. przyjadę. kiedyś. i razem będziemy biegać dookoła szczytnickiego o 3.

tylko najpierw muszę się obudzić.

Dodaj komentarz

słowa tylko niszczą.

Komentarze (1)

to nie ma sensu.

‘kasia?’ ‘nie, nic się nie stało, to tylko… ee… kurwa, po prostu sobie płaczę, no’

ok. tarot wymownie. wieża, wieża. (dzisiaj wszędzie widziałam wieże) ok. OK.

to nie ma sensu, ale ja znajdę sens i dam właśnie temu. hej, nie pozwolę ci zniknąć. już nie.

Dodaj komentarz

monolog. wewnętrzny.

śniło się pisanie, 4 dni. ‘czemu ona cały czas pisze?’ ‘odnalazła zgubiony wątek’. czułam klawisze. słyszałam je. pisałam, pisałam, pisałam, a potem skończyłam pisać, to było pod 14, zamknęłam laptopa tak BRZDĘK i podeszłam do ciebie. ‘to co, jedziemy dzisiaj do lasu?’. a potem był test z fizyki i zamiast wzorów wszędzie było twoje imię.

mama ma rację. trochę jak seryjny morderca. wiesz, zawsze pociągała mnie krew.
to się powtarza, to już było, to jeszcze będzie.
gorączka i oglądanie w łóżku seriali (chciałam napisać – głupich, ale wcale nie są głupie).

jebana nadinterpretacja.
(powiedział, że nigdy nie odejdzie i ona mu uwierzyła, a później okazało się, że jest pieprzonym mordercą, KURWA!)

zdretwiała mi noga.
i mam ochotę iść się naćpać z morim. wtedy przynajmniej byłby koniec. (koniec lepszy od tego, gdy nie wiesz, co *blablabla*) wtedy przynajmniej wiedziałabym – dlaczego.

tak, tak, tak.

Dodaj komentarz

podsumowując…

1. k. – malowałam mu psychodeliczne obrazki, a on zawsze się śmiał i był zadymiarzem. mhm. dalej lubię zadymiarzy.

2. t. – mówił do mnie ‘kaśka’ i trenował ze mną biegi. zawsze czułam się przy nim idiotką.

3. łuuu, k. – długo i boleśnie. miał błękitne oczy i wszystko z nim było błękitne, najbardziej ja. i tak zostało do dziś.

4. a. – robiłam mu cały czas zdjęcia. deszczowo, w obcym kraju. poruzumiewając się za pomocą obrazów i gestów. dawał mi róże i nagle zniknął, nawet nie tęskniłam.

5. i. – niezobowiązująco. jeździliśmy pksami gdzie popadnie, albo stopem. a na stacjach benzynowych jedliśmy chipsy. robił mi zdjęcia i wmawiał, że jestem ładna. i pisał smsy na dobranoc.

6. w. – robił mi ciasteczka i prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. był dziwny. naprawdę dziwny. a później, już po wszystkim, płakałam mu w ramię. ale mnie nie głaskał.

7. m. – przez niego uzależnienie muzyczne, do dziś. przez niego intensywne trenowanie gry na gitarze. przez niego przez jakiś czas byłam sexi. (tak, tak, był taki czas, krótki, ale był) i lubił mnie w zielonej sukience! i uczyłam go chemii, a on mnie milczenia, hmmm.

8. m. – patrzył na mnie tak, jakby widział przeze mnie na wylot. krótko, bez znaczenia. śmiałam się, że to trochę, jakbyśmy byli nieznajomi, jakbyśmy nawet nie znali swoich imion, fascynujące.

9. a. – idealista. najbardziej, najintensywniej. miał błękitne oczy i taką delikatną skórę, że bałam się, że zrobię mu krzywdę. i był taki smutny. i miał mi kupić czarną szminkę, ale nie zdążył. jeszcze raz by się przydało zacząć, ale już nie istnieje. (ok, istnieje, ale nie kocha już życia aż do bólu, więc nie istnieje, hm?)

10. m. – *totalny mętlik w głowie* oglądaliśmy razem horrory i łaziliśmy po cmentarzach. najmroczniejsza para w mieście, ha. i lubiliśmy siedzieć nad odrą i patrzeć na wodę. jesienią. w deszczu. to było takie smutne…

11. i. – aaaa. długo i bezsensownie. dużo muzyki i zero zrozumienia. bez sensu, bez sensu. leżenie na podłodze i słuchanie jeffa lub jazzu. zmarnowane pół roku. nawet więcej. i nie lubił deszczu, pf. ale lubił siedzenie na krawężnikach.

12. t. – chyba nawet nie można brać tego pod uwagę, ale… mimo wszystko malowałam po nocach jego portrety (tak, to był kubizm, tak jakbym przewidywała już, co będzie później…) i całowaliśmy się na schodach tego dnia, gdy jakub zobaczył mnie po raz pierwszy (miliony wykrzykników)

13. j. – kurwa, trzynasty. tak jak ilość liter w jego imieniu i nazwisku. tak jak numer autobusu, którym do niego jeździłam. najbardziej fascynujące. nie-do-opisania.

14. t. – zupełnie nie powinnam brać go pod uwagę, ale… goniliśmy razem marzenia, czarowaliśmy, puszczaliśmy bańki i do dziś czytamy sobie w myślach. i się kochamy, bardzo bardzo.

15. w. – wie, że wanilia jest zielonkawo-żółta. i powinien być już zawsze, nawet jeśli nadal jest nie do końca.

tak, tak. coś ma się skończyć, żeby coś innego mogło się zacząć.
bo są święta (po raz pierwszy, ej!!!)

święta. wanilia, jazz, głupie filmy, czytanie samotności, niekontrolowane wybuchy śmiechu/płaczu w nieodpowiednich momentach, przewracająca się choinka, bieganie z tasakiem za szamanem, śnieg, zamarznięte okna, mroczna sukienka, stanie na głowie na łóżku szamana, mandarynki, żółty, ŻÓŁTY!!!, wspomnienia, genetyka, rybosomy z chemicznego punktu widzenia, mnóstwo soku pomarańczowego, zielone światełka, brak snu, jakub (niekoniecznie ten jakub, po prostu – jakub), miliony zmian.

tak. TAK.

jest właśnie tak, jak być powinno.
*uśmiech*

Komentarze (2)

dzisiaj jest poniedziałek – pomyślała i zaczęła płakać

kasiu, pamiętasz?
pamiętam. wanilia i pisanie. i jazz w tle.
i zauważasz coś?
tak. wanilia jest zielonkawo-żółta, a obok mnie żółty kubek z herbatą waniliową. i pisanie. tylko jazzu nie ma.
ale jest hendrix.
i jest to. mmm. something magical in the air. i mnóstwo spokoju.
święta, kasiu, święta.

święta.
po raz pierwszy od *niepamiętamkiedy*.

i obiecuję ci, że nie będę siedziała do drugiej w nocy w zielonych skarpetkach, czytając najbardziej przytłaczającą książkę o miłości. i nie będę pytała cię, czy einstein się masturbował. i.

-rozetka liści bazalnych. ale fajna nazwa
-śliczna. bardzo.

ale wiesz… szczęśliwych końców nie ma.

Dodaj komentarz

hmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm.

cholera. w tym momencie tak bardzo chciałabym móc zachować się nieodpowiedzialnie.

wiem, tam nie dojeżdżają pociągi. wiem, przecież nie można już tego odwołać. wiem, i tak rodzice by nie pozwolili. wiem, przecież on wcale tego nie chcę. (racjonalizacja)

ale gdybym mogła zachować się nieodpowiedzialnie, za tydzień byłabym w drodzę do kamieńca ząbkowickiego.
co z tego, że pierwsze o tym słyszę? co z tego, że to 4h jazdy? co z tego, że później musiałabym jakimś cudem przedostać się 10km na południe?

gdybym mogła, gdybym mogła…
life is so fuckin’ unfair.

Dodaj komentarz

czemu tak bardzo chcesz mnie wziąć dla lasu? już kolejnego.

tym razem do tego, w którym niecały rok temu umarłam.

ok, możemy jechać. jeżeli poleżysz ze mną na trawie, wsłuchując się w tamtą ciszę.

bo jeśli będziesz tam mówił…

są rzeczy, których nawet ja nie potrafię wybaczyć. nawet tobie.

Dodaj komentarz

Starsze wpisy »