po prostu kiedy znikasz, uświadamiam sobie, że możesz już nigdy nie wrócić.
i wtedy myślę, że coś jest nie tak. że przesadzam. że powinieneś walić mnie młotkiem w głowę.
i’m addicted tłumaczą jako jestem zaangażowany.
bzdura.
po prostu kiedy znikasz, uświadamiam sobie, że możesz już nigdy nie wrócić.
i wtedy myślę, że coś jest nie tak. że przesadzam. że powinieneś walić mnie młotkiem w głowę.
i’m addicted tłumaczą jako jestem zaangażowany.
bzdura.
po francusku.
żm.
czekam.
słoneczko na dłoni, słoneczko w sercu.
żm żm żm.
mam nadzieję, że przynajmniej tam odpoczniesz, o.
odrzucone podanie, oliwia, kop w klatkę, chowanie przed światem, lęk lęk lęk.
‘jezu, kasia, czemu ty taka objuczona?’ ‘ech… ciężki żywot licealisty’
biolchem rysuje psychikę. naprawdę.
(‘no nie… gdyby nicienie miały już mięśnie poprzecznie prążkowane szkieletowe, nie ucieklibyśmy przed tasiemcem’)
błogosławmy przypadek. (tak, abl.)
poza tym dwugodzinna dawka kruszynki i wyszła w polsce kolejna książka pielewina.
a ja dalej nie mam na nic czasu, chyba, że na ciebie, maj dir ful of san boj.
kocimiętka.
22.11.
tuż po twoim zniknięciu.
duszę się.
coraz częściej myślę, że nie przeżyłabym tej zimy bez ciebie.
(a teraz jest ten moment, kiedy wydaje mi się, że nawet z tobą nie przeżyję, że zaraz umrę)
wieża.
to chyba to.
tak bardzo cię kocham.
‘odszedł’ sygnalizuje ośmiogodzinną pustkę.
zbyt mało cię mam.
niedziele są prywatnym świętem, zamykamy się, separujemy od reszty świata, w tle jazz lub placebo, leżymy na zdjęciach (taki fetysz), niepewnie dotykamy się. czuję się wtedy tak nierealnie. tak jakbym przez te +-48godzin zapominała jak to jest, kiedy jesteś obok.
(i jestem przekonana, że jeśli miałabym teraz umrzeć, to w sobotę, w tym totalnym zawieszeniu, tuż po i tuż przed)
poniedziałki są ulubionym dniem tygodnia. miło, że się w tym zgadzamy. ‘cały tydzień przed nami’. też tak to widzę.
jestem trochę rozmamłana. grzyby na ścianach, grzyby w mojej głowie. manubrium. obgryzione paznokcie. no przecież się staram. nie widać.
jutro, jutro. jutro znormalnieję, jutro przestanę płakać w najmniej oczekiwanych momentach.
(po prostu nie lubię być dorosła, po prostu boję się konsekwencji, ok?)
jestem gdzieś w środku, zupełnie sama, z fusami po herbacie na dnie żółtego kubka i milionami owiec. tak, owiec.
surrealistycznie. czy to się dzieje? czy to się stało?
TĘSKNIĘ. duszę się z tęsknoty. duszę.
dzisiaj?
dzisiejsze dzisiaj to zawieszenie pomiędzy wczoraj (chcę zapamiętać wczoraj, na zawsze, ok?) i jutro (jutro wydaje się odległe o lata świetlne).
pachnie szczypiorkiem i tęsknotą.
niczego nie żałuję.
kiedy odjeżdżam, niepewnie trzymam się barierek, balansując z plecakiem na prawym ramieniu i torbą w lewej ręce. po chwili przychodzi sms od ciebie. już tęsknisz. dotykam włosów, próbując zapamiętać jak najwięcej z ciebie.
kiedy odjeżdżasz, marzę o dniach, kiedy będę mogła przy tobie zasypiać i budzić się, chodzę w kółko po domu, starając się wychwycić resztki twojego zapachu.
jestem nieskończenie szczęśliwa, przez sam fakt twojego istnienia.
to jest moja wieczność.
pachnie tylko i wyłącznie tobą.
magia, której nikt nie zrozumie. ćśśśśśśśśśśśśśśśśś.