może to te drobne rytuały ratują? wstajesz, bierzesz prysznic, ubierasz się, zjadasz śniadanie, uważnie malujesz usta. moje paznokcie nadal są dwa razy krótsze niż być powinny, ale zdarza mi się uśmiechać do ludzi, których nienawidzę.
znów razem. po długich rozstaniach. po wrocławiu, w którym nie padał deszcz. jedyne co mnie ratowało, gdy budziłam się bez ciebie u boku, to widok rzeki za oknem. to, co wiąże mnie z każdym miejscem. woda, woda. przed chwilą w born of hope usłyszałam we all came from water. to nie tylko to. to ka.
powoli radzę sobie. z tym co było. i dla mnie nie minęło. mniej koszmarów, mniej ataków lęków. tylko bierzesz rano garść tabletek i zapominasz o tym, co kiedyś bolało. poza jednym. jednego nie potrafię zapomnieć. (i był tam ten mężczyzna, był cały czas, był, a wokół było miasto i nie padał deszcz, uśmiechał się, ale miał smutne oczy, smutne brązowe oczy, patrzył na mnie tymi oczami, a ja miałam jedno wielkie deja vu, a ja wiedziałam, że to mnie znów zniszczy i siedziałam na kocu przy tekach i piłam napój bezalkoholowy, choć tak bardzo potrzebowałam whiskey, a obok stała butelka whiskey, ktoś puścił jazz i on patrzył smutnymi brązowymi oczami, a ja chciałam to zatrzymać i zatrzymałam, odeszłam, odjechałam, zasnęłam)