‘więc nie wyjeżdżaj, zostań ze mną, założymy zespół jazzowy’ – po raz kolejny.
tak bardzo chciałabym wyjść stąd i żyć.
‘więc nie wyjeżdżaj, zostań ze mną, założymy zespół jazzowy’ – po raz kolejny.
tak bardzo chciałabym wyjść stąd i żyć.
nocami jest inaczej.
czasem prowadzisz i droga wygląda jak ta z ‘lost highway’, i naprawdę boisz się, czy nadal istniejesz, nadal świat jest realny.
czasem chcesz pojechać prosto, ale nie, musisz skręcić w prawo, a potem w lewo, a potem pojechać prosto. i znajdujesz się na ścieżce równoległej do tej niemożliwej. wyśnionej.
czasem marzysz o końcu tej nocy, a wtedy reflektory rozświetleją mrok przed tobą i nagle zauważasz białego kota, który przebiega ci drogę i myślisz what if.
ale zwykle jest normalnie. nudna muzyka, nudne rozmowy, nudne 90kmph.
tylko we mnie jest nienormalnie. tylko we mnie są miliony what if’ów.
co gdyby ten rok nie zaczął się od bólu dupy? ot pytanie.
For all the letters I’ve never sent
All the time we haven’t spent
You’ve always said I play games I know I’d lose
Always said that’s the life I choose
Could I see you one more time
If it’s OK if you don’t mind?
I’m the shade of a shadow, baby
Been thinking about you tonight
How sweetly you bring light
You’re the ray of the sun
I’m a shade of a shadow
czasem cofam się do czasów przed, to niebezpieczne. lepiej tak jak dzisiaj – kopanie, gryzienie i śmianie się. bo żeby tak naprawdę obejrzeć kości czaszki, trzeba ugotować zupę z głowy, prawda?
jest dobrze. nawet z tą niedobrą, męczącą, mordującą biologią.
zimna mgła krąży nad polami. objazd objazdu. skończyło się lato, jazz i zimny łokieć.
(a może odjazd odjazdu?)
jest pusto i cicho. zaraz sobie pogram. dzisiaj zastanawiałam się, jakie znaczenie ma kciuk w grze na jakimkolwiek instrumencie. wszystko byle zagłuszyć to, czego nie da się zagłuszyć. life’s like that.
zazdroszczę ci. tej pewności. tego przekonania o swojej racji. dążenia do wyznaczonego celu. zero zbaczania z drogi. zero wątpliwości. nawet po trupach. po moim trupie, po trupie mojej miłości, prawda?
wcale ci to nie przeszkadza. ‘umrzesz samotny’, mogłabym powiedzieć, ale zamiast tego milczę, to inni mówią. potrafisz zauroczyć, to pewne. kiedy stoisz podczas wykładu o tej bezsensownej hybrydyzacji i płuczesz probówki, dokładnie, jedną po drugiej. przypominam sobie o kubkach po kawie, które myłam po tych nocnych, wielogodzinnych rozmowach z tobą, kiedy padałam na twarz, ale zbyt mi zależało. tobie też.
staram się nie patrzeć, staram się nie uśmiechać. nadal pamiętam o tym smutku, gdzieś głęboko w tobie. bo umrzesz samotny, tak będzie. bo zabiłeś mnie, zabiłeś jedyną osobę, która widziała w tobie coś więcej niż gitarę, głupie żarty i te probówki.
to chyba teraz. ten moment.
kiedy już nie możesz dalej wierzyć, że kiedyś obudzisz się rano i nie będzie boleć.