dzisiaj zauważyłam piotra i justynkę. to było dziwne. piotr kiedyś kogo innego całował w kolano (pamiętam to tak dobrze). kiedyś czytałam o wojaczku, książka miała żółtą okładkę, siedziałam na parapecie, podszedł i zapytał ‘co jest, słońce’. oboje byliśmy wtedy tak cholernie nieszczęśliwi, on przez tę panią, którą w kolano, a ona go cyk, z innym, ja przez jakuba, co nie wymaga już komentarza, już nigdy, przenigdy nie będzie go wymagało.
w każdym razie… dwoje ludzi tak bliskich kiedyś jest teraz razem, a ja jestem poza tym, nie widziałam ich jakieś dwa lata i ani nie płaczę, ani nie zastanawiam się. otwieram stare dzienniki, wysypują się pocztówki. berlin, karpacz, wenecja. kiedyś było prościej, zapisywało się adres w notesie, wysyłało kartkę i to coś znaczyło. teraz wszystko jest przesadzone. wszyscy wszystko nadinterpretują. każde słowo i każdy brak słowa – to za dużo.
i poznajemy siebie przez te zdania rzucone mimochodem, o snach i muzyce. dreszcze, dreszcze, dreszcze. jestem nudna w każdym języku i na każdy temat. ćś.