jutro minie kolejny rok od śmierci iana. a świat stoi w miejscu. ludzie jedzą rzodkiewki, żeby mieć lepszą pamięć, uczą się do matur, których i tak nie zdadzą wystarczająco dobrze, uśmiechają się do mnie, choć mam to gdzieś.
niby jest zbyt stale, zbyt jednorodnie. tak, za dużo chemii, za mało wyobraźni. był taki chłopiec, który kiedyś próbował mnie uratować.
tak, był taki chłopiec, który odważył się pokazać mi trochę inny świat niż ten mój. był dobry. przynajmniej taki się wydawał. pił ze mną koktajl truskawkowy, choć go nie lubił. siedział ze mną na krawężniku i patrzył na deszcz, choć wcale go nie widział. słuchał ze mną jeffa jesienią, choć wcale go nie czuł. starał się.
i zniknął. wymazałam go z życia w ciągu dnia. to nie było trudne. wyrzucić wszystko, co go przypominało. nacisnąć delate przy kilku plikach. podrzeć kilka kartek. skasować numery. nigdy więcej tego nie zrobiłam. wystarczył mi raz. żeby zrozumieć, jakie to nietrwałe. ktoś jest i mówi, że cię kocha, a ty potrafisz go uśmiercić, sprawić, że już nigdy nie spojrzy tak na ciebie, jak patrzył jeszcze niedawno.
teraz już zawsze będę czuła się odpowiedzialna za to, czym się stał. gorszy niż ja. wysysa uczucia i zabija. nie wystarcza mu wyrzucenie z życia kogoś, kto go kocha. zabiera mu wszystko. osłabia jego mechanizmy obronne. i zabija. zabija. zabija.
gdyby chociaż zabijał moich konkurentów z medycznej…