to była ta noc. tylko ta jedna noc – jak powiedział kiedyś pewien mężczyzna.
i niby wszystko pamiętam, szczegóły wcale nie zacierają się w mojej głowie, ale w momencie, gdy zasnęłam, czyli gdy już słońce było wysoko na niebie – coś się skończyło i przez to nie mogę uchwycić na czym polegała ta wyjątkowość.
wirowanie. kręcenie się. memphis.
chciałam wykrzyczeć, że po trzech dniach znałam go lepiej niż oni po 6 latach. że wiedziałam o jego chorobie, o której nie mają pojęcia. że znałam go na pamięć. wiedziałam, jak odgarnia włosy z czoła i w którym momencie to zrobi. wiedziałam, jaki ma kolor poduszki. wiedziałam, co robi, kiedy jest mu źle. wiedziałam, co jest dla niego najważniejsze. i rozumiałam to wszystko. wiem tak niewiele, ale najwięcej ze wszystkich.
a potem milczysz i myślisz – nikogo to nie obchodzi. a jednak obchodzi. po tym poznajesz to, prawda? kto ma znaczenie, a kto nie? czy ktoś pamięta gdzie mieszkasz, jak się uśmiechasz, twój zapach, kolor oczu. czy słucha cię, gdy mówisz o memphis, czy choć trochę się wysila, czy możesz w razie czego na niego liczyć.
więc nie krzyczałam, tylko kręciłam się, wirowałam, podtrzymywałam magię. przez całą noc. mhm.