Archiwum dla Wrzesień, 2011

skoczy-las.

przydałoby się przespać tę epokę. czuję się osaczona. gdzie nie spojrzę, widzę ciebie. ostatnio nawet trwożliwie oglądam się przez ramię przechodząc na pasach, byle mieć pewność, że choć raz cię nie ma. ale zawsze jesteś. powoli mnie to wykańcza.

coraz bardziej wierzę w to, że na mój kierunek idą tylko nieudacznicy. muszę odreagować w ten weekend. dużo liczb, chińszczyzny i mojego mężczyzny. i może przeżyję wśród ludzi, którzy nie wiedzą czym jest html. i silnia. i logarytm. (i mogłabym tak wymieniać pół dnia)

Dodaj komentarz

dnia czwartego.

nie rozumiem tego – jak to jest, że siedzę na ćwiczeniach z algebry i jestem najszczęśliwszą osobą na świecie, a potem wracam do domu i chce mi się wyć?

generalnie chciałabym, żeby świat składał się z samych liczb. i żeby ludzie się przejmowali. wszyscy. przecież to ma znaczenie, jak coś zapiszesz. przecież wszystko ma znaczenie. a w tym świecie, tu-i-teraz, wychodzę tylko na jebaną histeryczkę, bo uważam za błąd zapisanie czegoś w 50 linijkach zamiast w 5.

i generalnie coś w głowie szepcze mi „przenieś się na fizykę”, ale e-e. dam radę.

Dodaj komentarz

immatrykulacja.

patrzę na tamto zdjęcie i sobie myślę – dlaczego ten anonimowy pan z gazety złapał ostrość na mnie? to raczej przypadek, tak mu się ustawiło. nie ma we mnie nic ciekawego, szczególnie kiedy gapię się w indeks i znikam, nie ma mnie. zamykam się w swoim świecie.

ale staram się myśleć pozytywnie. załatwiłam wpis do indeksu. rektor się do mnie uśmiechnął i dotknął swoim berłem (to trochę perwersyjne). i poznałam pewnego matematyka. tak się zaczyna większość ciekawych historii w moim życiu – od pojawienia się matematyka i liczb.

dlatego nie jest źle. co z tego, że jutro wykład o 7.30?

Dodaj komentarz

studentka.

gram w american mcgee’s alice. wiele dałabym żeby móc tak latać z rzeźnickim nożem i zabijać. jest źle, a jutro będzie jeszcze gorzej. to było żałosne – siedzisz, pijesz piwo, wszyscy mówią, tylko ty milczysz. więcej w tobie milczenia niż w nich wszystkich słów. i czasem ciężko uwierzyć, że wśród tej setki osób nie było ani jednej takiej jak ty. nigdy nie ma.

jest zimno i będzie jeszcze zimniej. tłucze się po głowie „i’ll break your heart”, za dużo skins/teitura. i nigdy mnie nie zrozumiesz. a po poniedziałku wszyscy będą we mnie widzieli we mnie tylko dziewczynę, której rektor wręczał indeks. a nie mnie, biedną chorą blu, która chce, żeby wszyscy ją kochali. BUUUU.

Komentarze (1)

wanilia. jaśmin. słoniki.

zrobił to. przekręcił klucz i otworzył drzwi, o których istnieniu nie wiedziałam. a potem nie wytrzymał tego potoku słów, który sam uwolnił – i poszedł spać. a ja gryzę palce i próbuję opowiedzieć to wszystko samej sobie.

mam ochotę pomalować oczy na czarno, założyć najkrótszą możliwą sukienkę i najwyższe możliwe szpilki i wyjść na skrzyżowanie kościuszki/kołłątaja i krzyczeć. sama myśl o tym krzyku przynosi ulgę.

Komentarze (1)

przyjdź.

przez moment pomyślałam, że tej nocy umrę ze smutku. ale nie ma tak prosto. czuję się, jakby to miało nigdy się nie zmienić.

milion wykrzykników.

Dodaj komentarz

dzień z życia borderków.

już miałam nacisnąć enter, gdy przeraziła mnie myśl o skutkach. przez moment widziałam przyszłość. widziałam, jak w końcu muszę powiedzieć ci swoje imię, jak mnie poznajesz, jak ja poznaję ciebie, jak zaczynamy się przyjaźnić, a potem znikasz albo umierasz. to że jesteśmy tacy sami nic nie ułatwia. w pewnym momencie też zobaczyłbyś tę przyszłość. i właśnie dlatego zniknąłbyś. to taki mechanizm obronny, u nas, chorych.

(albo jeszcze lepiej, nacisnąć enter i się wycofać, czekać, aż ktoś będzie sam cię potrzebował, też tak masz?)

(czekasz, aż ktoś rzuci „pisz!”, a potem go za to nienawidzisz)

oj. ojoj.

Komentarze (2)

meet me half-way.

minęło pięć lat. a ja dalej pamiętam ten moment. cała pachniałam jeszcze bieszczadami. myślałam o paryżu (lub jednej nocy z tobą, gdziekolwiek). wszystko było złe. szare. chwilę wcześniej byłeś, istniałeś, malowałeś mi fioletowe włosy, odbierałeś telefon, kiedy dzwoniłam. a potem wróciłam i miałam tylko to – zapach bieszczad i odległy paryż. myślałam „jeden na sto” (potem się okazało, że właśnie nim jesteś, jednym na stu, uleczony i przywrócony społeczeństwu, brawo).

co będę pamiętała z tu-i-teraz za 5 lat? te ranki, gdy jeszcze śpię, ale czuję twoje pocałunki na mojej twarzy? ciepły piasek na plaży, gdy spaliśmy zbyt zmęczeni żeby martwić się o bagaże? zapach wanilii i jaśminu, który powoli zaczyna przesycać ściany tego mieszkania? czy to nie dziwne, że to są same miłe rzeczy, a z przeszłości pamiętam to, co mnie niszczyło? nieodebrane telefony, pożyczone zegarki, zniknięcia. tak, najlepiej pamiętam zniknięcia, pewnie dlatego, że sama jestem ich mistrzem.

dzieli nas rzeka niewypowiedzianych marzeń – deja vu.

Dodaj komentarz

dobrze dobrze dobrze.

lubię wrocław nocą. nawet kiedy na rynku uczą tańczyć sambę (wtf, right?). choć nocna kawa już zawsze będzie kojarzyć się z toruniem-gdańskiem-poznaniem.

i – tak. jest inaczej. nie boję się rozmawiać z o. ani z obcymi ludźmi w obcych miejscach. rozmawiam przez telefon i lubię panie z dziekanatu. robię sama zakupy w zatłoczonych sklepach. i jem dużo owoców. i już nie jestem ani trochę tamtą blu. więc kim? white nie jest stillerem, ale wszyscy go za niego uważają. w takim razie co określa kim jesteś? ty sam czy inni?

nawet potworów już nie szukam pod łóżkiem. trzeba jeszcze tylko znaleźć miejsca dla kalafiora. ale kalafior to nasza tajemnica. ćśś.

Komentarze (1)

bezsenność.

znając moje szczęście będę w grupie bez mężczyzn. albo będzie jeden mężczyzna – o imieniu jakub. w sumie trochę smutno. myślałam, że na pwr będzie przynajmniej ok z matmą. póki co wszyscy wyklinają na nią. i ledwo zdali podstawową maturę. i mówią „jak ktoś napisał rozszerzoną na 80, nie idzie na chemiczny”. a jednak.

chciałabym, żeby wśród tych 500 osób była choć jedna taka jak ja. byle do 19. a potem 26. a potem 4. a potem… (i tak wieczność)

Dodaj komentarz

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.