frajerka frajerka frajerka.
dzisiaj zabiła mnie błękitna róża w tłinpiksie. hmmm. i teraz w głowie kłóci mi się czerwona róża z błękitną różą i nie mogę wybrać. więc nie wybiorę. sfrajerzona blu idzie spać.
frajerka frajerka frajerka.
dzisiaj zabiła mnie błękitna róża w tłinpiksie. hmmm. i teraz w głowie kłóci mi się czerwona róża z błękitną różą i nie mogę wybrać. więc nie wybiorę. sfrajerzona blu idzie spać.
wytatuować na lewym nadgarstku: NIE UFAJ NIKOMU. i potem gryźć przeguby rozmawiając z ludźmi, których kocham. których niszczę.
przydałby się ktoś, kto by to zrozumiał. rozłożył na czynniki pierwsze i wypierdolił wszystko, co złe. coś obcego krzyczy w mojej głowie. chciałabym ci ułatwić życie i zniknąć, ale potrzebuję ludzi. słów. ciebie.
kochasz ją, ale nigdy mi o niej nie opowiadasz. tak jakbyś przeczuwał, że zniszczę to. zniszczę twoje szczęście. pewnie masz rację.
więc po prostu będę cichutko. schowam się w sobie najgłębiej jak mogę i nie wyjdę, dopóki nie umrzesz.
zabija się playlistą ‘songs for rain and break-ups’. mimo że żadnych deszczy, żadnych rozstań.
uhhhhhh.
nie ma mnie. nie ma mnie. są pingwiny. są wieloryby. są gekony. mnie nie ma.
nienawidzę tego uczucia. nieistnienia. znikania.
umierania.
kolejna nieprzespana noc. nawet rysowanie funkcji nie uspokaja. symetria tylko irytuje. ja nie jestem symetryczna. ja jestem zawsze skrajna.
jak to działa, że czasem jestem ważna, a czasem nie ma mnie wcale? nie rozumiem. po prostu nie rozumiem.
wracam do wykresów i niespania.
gdybyś odezwał się kilka dni temu, zbombardowałabym cię słowami. ale odzywasz się dzisiaj. już za późno. już uznałam, że zniknąłeś. już umarłam przez to zniknięcie. już postanowiłam, że nigdy przenigdy ci znów nie zaufam.
-co u ciebie?
-ok.
-to milusio.
-a u ciebie?
-średnio.
-dawno się nie odzywałeś.
-ty też.
nienawidzę pustych słów. bolisz mnie jak cholera. wracam do elips.
poniedziałki są ciężkie. drżą ręce. autobusy się spóźniają. spotykam jakuba, przybijamy piątkę, to takie żałosne. nudzę się. rysuję kwiatki na wykładzie z analizy. nudzę się coraz bardziej. k. opowiada żarty. k. mówi „ten żart nie był najwyższych lotów” i wszyscy się śmieją, tylko nie ja. wyobrażam sobie dwuwymiarowego kota biegnącego w płaszczyźnie tablicy. tak, poniedziałki są ciężkie.
więc nie dziw się, że dzisiaj skasowałam twój numer telefonu, wszystkie twoje wiadomości i generalnie wszystko, co związane z tobą. jest poniedziałek. mam chore myśli. nie zniosę więcej tego, co właśnie się dzieje – ludzi twierdzących, że nie znikną, a potem puff. wolę udawać, że umarłeś.
nienawidzę. siebie i ciebie i całego świata.
jest dobrze. poza tymi momentami, gdy jest źle. ale nie myślę o tym. wypieram. staram się skupić na pozytywach: algebrze z j., „wektorkach”, pięćipół ze zjebanej kartkówki, ludziach, którzy pamiętają jak mam na imię (!), mężczyznach, którzy patrzą na mnie, jakbym istniała (!), w końcu wymytych naczyniach.
piję mniej kawy i obgryzam długopisy na wykładach (a drogi pan profesor a. zwraca mi przez to uwagę przy 219 innych studentach, dzięki…). ale jest dobrze. coś się dzieje. nawet kiedy tylko śpię. a tylko dzianie się liczy. i wektorki.
udowodnić przez indukcję: przyjechałeś do tego miasta przeze mnie.
oczywiście, że tak. żeby mnie dręczyć. ale mnie to już nie rusza. jestem zajebiście jakuboodporna. myślę tylko o liczbach i śnie. medycyna przesuwa się w mglistą, odległą przyszłość. piję herbatkę jagodową i jest dobrze. po prostu jest dobrze.
nienawidzę tego. gdy mówisz za dużo, a potem się wykręcasz. gdy dzwonię i słyszę w tle kogoś innego. gdy piszę, a ty nie odpowiadasz.
i jak mam nie czuć się zagrożona? zbyt wiele zbiegów okoliczności. śni mi się, że znikasz, a ja umieram.