nie widzisz, nie słyszysz, a mnie to nie rusza. dzisiaj miał padać deszcz i miałyśmy skakać po kałużach, ale świeciło słońce, tak zabójczo wiosennie, a my siedziałyśmy na ławce, piłyśmy kawę i jadłyśmy pączki. i smutne m&m’sy.
kaja pomachała mi na pożegnanie ręką i uśmiechnęła się. jej pierwszy uśmiech dzisiaj. czuję się dziwnie, wplątując się w te sprawy między nimi, ale kaja jest kopią mojej sary, a tomek, ej, tomek jest mój, nawet jeśli nigdy nic. bratnia dusza.
patrzyłam na to, jak chodzą w kółko, nie mogą znaleźć miejsca, smutni, bladzi. prawie płakała, ej, znam ten stan, sama tak często. a oni tego nie widzieli, nikt, hej, oni ją olewali, a przecież ona to nie ja, przecież to mnie się olewa.
a on zerkał na nią ukradkiem i ten dotyk, znów ten dotyk. kamilka też to dostrzega, rzadziej niż ja, ale. widzisz to, naprawdę?! – tak, w końcu chodzisz ze mną nad tę rzekę, nie? nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak poetycko dotykał innego człowieka, dopiero teraz. przy tym trzeba milczeć, odwracać oczy w stronę okna.
dzisiaj miałam zły dzień, wiesz? – wiem. – wiedziałam, że wiesz. a potem ją objął, a ona nie uciekła, bo malowała sobie oczy na zielono, hmmm. było głośno, mokro i duszno, a ja milczałam, zawiesiłam się nad do połowy zawiązanym glanem. magia, wiesz? magia.
pomachała i uśmiechnęła się, a wtedy on też się uśmiechnął, a ja już wiem, że to musi mieć happyend, że to nie może się urwać, że jeszcze będą, będą, będą. pewnie póki co jakimś tam pocieszeniem, po tych, którzy nie patrzyli tak jak oni i nie śpiewali piosenek o ludziach, którym nie udało się nic. ale potem. czy potem ma sens? dla niego nie. dobrze, że jest szczęśliwy, dobrze, że się uśmiechnęła.
i miło, że mnie też. lubisz, lubisz. tylko nie stój tak zawrotnie blisko, bo zapominam wtedy, że NaOH jest żrące, zielony chłopcze.